O mnie

omnie

Napisanie czegoś o sobie z sensem i polotem to zadanie z kategorii „trudne łamane przez karkołomne”. Próbowałam… wiem… poddaję się…

Za to poproszenie innych, żeby napisali coś o mnie – efekt końcowy jest znacznie ciekawszy.

Dlatego poniżej macie obraz mnie, czyli Intensywnie Kreatywnej, namalowany słowem przez cztery bardzo ważne w moim życiu realnym i wirtualnym osoby.

Historie z dzieciństwa i dorastania początkującej maniaczki robótek znajdziecie w tekście stworzonym przez Mamę Moją Rodzoną Jedyną.

Ślubny podjął się odpowiedzi na bardzo drażliwe pytanie – jak się żyje z kobietą intensywnie kreatywną na co dzień. I w trakcie pisania odgrażał się, że napisze prawdę, całą prawdę i tylko prawdę.

Natomiast Monika i Gardenia – dwie niewiarygodnie utalentowane kobiety, które same tworzą cudowne rzeczy na drutach, szydełku i nie tylko – zrobiły mi ten wielki zaszczyt, że zechciały opisać dzieje naszej wirtualnej znajomości, czyli historie zaczynające się mniej więcej od: „Kilka lat temu, przypadkiem, trafiłam na bloga Intensywnie Kreatywnej…”.

Historie z dzieciństwa i dorastania początkującej maniaczki robótek okiem Mamy Jej Rodzonej Jedynej

Dziecko Moje Rodzone Jedyne poprosiło o kilka zdań o okresie dzieciństwa i dorastania. Dobre sobie! Przecież każda matka ma w pamięci tyle różnych zdarzeń, że starczyłoby ich na książkę, a nie tylko notkę. Doszłam do wniosku, że ujmę temat w krótkich migawkach, które pokażą, jak rodziły się kolejne zainteresowania.

Najwcześniej objawiła się – trwająca do dzisiaj – fascynacja słowem pisanym. Początkowo wystarczyło „poczytaj mi mamo”, ale mama szybko okazała się mało wydajna. Dziecko potrzebowało kontaktu ze słowem drukowanym w ilościach hurtowych, a nie detalicznych lub wręcz w „przydziale kartkowym”, co niektórzy zapewne dobrze pamiętają. Dziecko znało litery. Dobra Babcia pewnego dnia rzuciła mimochodem – „mogłabyś w końcu nauczyć się czytać sama”. Powiedziane – zrobione. Następnego dnia po powrocie z pracy usłyszałam – „ja już umiem czytać”. Następnie dziecko dumnie i z przejęciem wyrecytowało – „mu, a, mu, a… mama”. Od tej pory zaczął się okres niekontrolowanej lektury. Początkowo dziecko czytało z trudem, ale wszystko, co wpadło w ręce – nagłówki gazet też były dobre. O tym, jak bardzo lektury dziecka wymknęły się naszej kontroli, niech świadczy fakt, że dla kilkulatka bardziej fascynujące okazały się mity greckie niż jakieś tam bajki o sierotce Marysi.

Mniej więcej w tym samym czasie, w ramach przygotowania do edukacji szkolnej, rozpoczęła się nauka liczenia w zakresie dwudziestu. Dziecko chciało więcej, ale odmówiliśmy. W krótkim czasie dziecko zameldowało – „umiem liczyć do stu pięćdziesięciu, a dalej nie wiem, bo skończył się centymetr”.

Równie wcześnie objawiło się zainteresowanie językiem obcym. Przez przypadek był to rosyjski. Ponieważ w domu nie wyrzuca się żadnych książek, to uchował się „bukwar”, czyli mój pierwszy podręcznik do nauki jedynie słusznego (wtedy) języka obcego. Alfabet polski nie stanowił problemu, ale co znaczą te tajemnicze znaki? Litery? Jaka to litera? Mąż stanowczo sprzeciwił się poznawaniu liter w obcym języku. Jeśli myślicie, że maluch zrezygnował, to jesteście w błędzie. Długo wyciągała informacje po jednym znaczku, aż poznała wszystkie rosyjskie litery. Tym sposobem prawie równocześnie nauczyła się alfabetu polskiego i rosyjskiego. Próby czytania odbywały się w głębokiej konspiracji. W szkole podstawowej pojawiło się  esperanto, już bez konspiracji. W okresie licealnym były podstawy łaciny (zachowała się książka z mojej edukacji). Poznawanie języków trwa nadal. Możliwość czytania literatury w oryginale, to pewnie jedna z ważniejszych przyczyn podejmowania kolejnych wyzwań.

Dom, w którym dziecko rosło, był w pewnym stopniu pracownią krawiecką. Mąż szył zawodowo, a ja amatorsko ciuchy dla trzech kobiet (dwóch dorosłych i jeden małej kobietki). Nitki, igły i nożyczki szybko znalazły się w sferze zainteresowania. Nożyczki były pierwsze. Małe, dostosowane do malutkiej rączyny, trzymane w sposób bardzo szczególny, bo ostrzem tnącym do siebie. Muszę przyznać, że mimo cięcia „do siebie” dziecko radziło sobie wyjątkowo sprawnie. „Wcinanie” stanowiło dobrą zabawę. Kiedy pewnego dnia, zajęta swoimi codziennymi obowiązkami, usłyszałam – „mamo ja wcinam”, spokojnie odpowiedziałam – „wcinaj dziecko, wcinaj”. „Mamo, ale ja wcinam!” Zadowolona, że dziecko znalazło sobie zajęcie, odpowiedziałam -„wcinaj, wcinaj”. Nieco później zobaczyłam, co też to moje dziecko tak „wcinało”. Nowiuteńkie, z trudem zdobyte (takie były czasy) rajstopy zyskały artystyczny ażur. Nawet nie mogłam próbować tłumaczyć, że nie należy ciąć ubrań, bo przecież sama kazałam, a dziecko mnie informowało, co robi. Zresztą sama także we wczesnym dzieciństwie, siedząc cichutko pod stołem, skróciłam mamie firankę, bo potrzebowałam materiału do szycia. Ja nie informowałam, że „wcinam”. Tak się zaczęła przygoda z wyszywaniem, haftem, mereżką i szyciem.

Następnie dziecko zapragnęło opanować sztukę posługiwania się drutami. Babcia robi na drutach, mama „drutuje”, to jest oczywiste, że opanowanie tajemnej sztuki staje się konieczne. Sprzęt w postaci mikrych drucików zapewnił tata. Babcia podjęła się roli edukatora, mając w tej dziedzinie spore doświadczenie. Uczyła mnie, moje koleżanki, siostrę męża. Poza tym nie pracując zawodowo, miała nieco więcej czasu dla kochanej wnusi. Zajęcia praktyczne odbywały się w czasie, kiedy byłam w pracy. Raporty jakie otrzymywałam z postępów nie były optymistyczne. Wielokrotnie dziecko rzucało drutami, bo oczka za ścisło i nie chcą „chodzić na drutach” albo zbyt luźne lub co gorsze „zgubiło się”. Tłumaczenie, że każda początkująca, biorąc pierwszy raz druty do rąk, przechodziła podobne męki, nie stanowiło usprawiedliwienia dla oporu materii. Cierpliwość Dobrej Babci i upór uczennicy doprowadziły naukę do szczęśliwego zakończenia. Uczeń dawno przerósł mistrza, bo Babcia chwali się teraz na lewo i prawo sprezentowanymi przez wnuczkę wyrobami dzianymi. Zdobywanie tych pierwszych umiejętności obejmuje wiek przedszkolny. Okres edukacji szkolnej i towarzyszące temu okresowi różne, nowe zainteresowania – pominę.

Na zakończenie chciałam powiedzieć, że od wczesnego dzieciństwa Dziecko Moje Rodzone Jedyne wykazywało wyjątkową podzielność uwagi i zdolność równoczesnego wykonywania różnych czynności, przy jednoczesnym absorbowaniu uwagi obecnych. Przykład z okresu licealnego. Siedzimy w pokoju, dzieli nas ława, w telewizji program w języku rosyjskim (dla zachowania umiejętności ze szkoły podstawowej), przed nosem mojego dziecka podręcznik do angielskiego (wiedza na jutro do szkoły), w ręku robótka na drutach (bo nie można marnować czasu). Ja siedzę cichutko jak myszka i staram się prawie nie oddychać, bo dziecko ciężko pracuje. Nagle słyszę z wyraźną pretensją w głosie, że się nią nie zajmuję i mogłabym chociaż porozmawiać. Muszę przyznać, że mimo przyzwyczajenia do „wieloczynnościowości” mojej córki, wtedy straciłam kontenans i zwyczajnie szczęka mi opadła. Widocznie z wiekiem rozwinęła sztukę robienia wielu rzeczy jednocześnie, bo tylko tak można wytłumaczyć, że doba dla niej zdaje się być dłuższa niż 24 godziny.

Cała prawda o życiu z kobietą intensywnie kreatywną – Ślubny zdradza rodzinne tajemnice

Jak donoszą dobrze poinformowane źródła, kiedy Ślubny poznał swoją przyszłą żonę, to nie miał pojęcia, w co się pakuje

Agniecha w liceum nie ujawniała się ze swoim hobby. I nawet, kiedy już byliśmy parą, nie miałem zielonego pojęcia o jej talentach. No przynajmniej nie o drutowych, bo koszulę mi uszyła. Ale nawet wtedy było to bardziej na zasadzie jednorazowego wybryku niż zasady. Ale nic dziwnego, że pasje nie wyszły na jaw, bo okres licealny polegał na zakuwaniu do północy i balowaniu do rana.

Ślubny zdradza, kiedy zorientował się, że zaczyna się dziać coś niebezpiecznego

Niewątpliwie zainteresowania twórcze objawiły się z pełną mocą w momencie założenia bloga. Z mojego punktu widzenia rzeczą, która najbardziej świadczy o tym że całe to robótkowanie jest czystą pasją to fakt, że bardzo wiele rzeczy robionych jest dla samej przyjemności robienia, a po skończeniu – oddawanych. Mimo tego, że spod rąk Agi wyszły już niezliczone ilości serwet, chust, szali, bieżników, to nigdy nie było sytuacji, żeby szafy się nie domykały ani nie próbowała mi kłaść serwetek na monitorze lub telewizorze, tylko rozdaje nadmiar znajomym i rodzinie.

Paparazzi przyłapali Ślubnego w pasmanterii

To całe zaangażowanie w handmade w pewien sposób ułatwiło kwestie prezentowe. Moja żona nigdy nie należała do osób, które mówią „to chcę, to mi potrzebne”. Ale zapytana, czy chce ten piękny markowy sweterek, odpowiadała, że woli 400 gram włóczki. Całe szczęście jestem nietypowym facetem i dzięki swojemu zawodowi (grafik, projektant) mam nieco większe pojęcie o kolorach niż przecięty samiec alfa, co niewątpliwie ułatwia mi robienie jej pożądanych prezentów. Do dziś pamiętam wybieranie kolorów estońskich wełenek, ale nic nie przebije radości, krzyków i pisków, kiedy dostała Generator Pary.

Ślubny szczerze o drugim uzależnieniu swojej żony

Drugą, alternatywną, a raczej komplementarną – pardą maj frencz! ekonomiczno-marketingowe wykształcenie wychodzi w najdziwniejszych momentach – pasją mojej żony są książki. Bez wątpienia jej poziom czytelnictwa podnosi statystyki w Polsce o kilka punktów procentowych. Nawet ja dzięki niej zaraziłem się potrzebą czytania, a w zasadzie słuchania audiobooków.

Ślubny odmawia komentarza na temat negatywnych cech Intensywnie Kreatywnej

Gdybym miał wymienić wady Agniechy… mniej słów, mniej szkód.

Ślubny pod naciskiem zmienia zdanie i ujawnia ciemne strony osobowości kobiety jego życia

No dobrze, coś mogę zdradzić i nawet, jeśli zabrzmi to jak oklepany tekst z rozmowy rekrutacyjnej, to jej największą wadą jest nadmierna ambicja i perfekcjonizm. Nauczenie jej czegokolwiek wymaga założenia kasku, na obie głowy. Tak było ze wszystkim. Pierwsze lekcje jazdy samochodem skończyły się płaczem, „no bo przecież jak to jest możliwe, że po dziesięciu minutach za kółkiem jeszcze nie potrafię parkować tyłem.” A to tylko pierwszy przykład z brzegu.

Ślubny krótko o tym, co ceni w żonie

Najbardziej cenię w swojej żonie to, że po całym dniu zajęć i pracy  nie pada wdzięcznie na mordkę, tylko znajdzie w sobie siłę i chęci, żeby siąść ze swoim jedynym, najwspanialszym, najukochańszym mężem przy filiżance kawy i po prostu posłuchać muzyki i poopowiadać, co się działo w ciągu dnia. O tym, że robi to z drutami w rękach, chyba nie muszę wspominać.

Ślubny o zgubnym wpływie osoby kreatywnej w domu

A na koniec chciałbym powiedzieć, że takie pasje mogą być zaraźliwe. Kto by pomyślał, że ja kiedykolwiek usiądę do maszyny  i coś uszyję? A skoro ja się tak zaraziłem, to mam nadzieję, że Intensywnie Kreatywną pasją zarażą się też inni. Tym bardziej dzięki tej stronie. To przynajmniej taki wirus, którego nie trzeba leczyć.

Monika o tym, jak kilka lat temu trafiła na Róg Renifera i co z tego wynikło

Prośba to niecodzienna! Jak to powiedziała moja kuzynka: „babo, niezły zaszczyt Cię kopnął!”

O Agnieszce dużo można by powiedzieć, ale stwierdzenie „Aga to fajna dziewczyna” niczego nowego do sprawy nie wnosi, bo to akurat wszyscy wiedzą. -:) Postanowiłam więc podejść do sprawy z przymrużeniem oka i lekkością.

A więc… Teraz nastąpi wstęp!

Akcja dzieje się na terenie Polski, na Śląsku i w Wielkopolsce. Około dwóch lat temu…

Wpisałam sobie w Google „blogi o robótkowaniu” i tak oto ją odkryłam. To było jak objawienie. Chciałam spróbować dziergania na drutach (do tej pory byłam tylko „szydełkowa”) i jak się okazało trafiłam na idealny moment. Właśnie zaczęła się akcja pod hasłem „razem robienie” rękawiczek. Ło Matko! Co to było za wyzwanie. Pierwszy raz w życiu robiłam na pięciu drutach i ogarnięcie tego chaosu trochę mi zajęło. Momentami myślałam: „dlaczego człowiek ma tylko dwie ręce”. Wtedy po raz kolejny odtwarzałam filmik, w którym Aga cierpliwie tłumaczy co, jak, z czym i już było dobrze. Jej głos mnie uspokaja. -:)

Od tego momentu wymiana komentarzy czy maili nabrała rumieńców. Nigdy nie odmówiła mi pomocy. Chociażby moja prośba o wykrój sukienki. Szast prast, przerysowane, opisane i…   już Ślubny leci na pocztę!

Agnieszka to mądra, empatyczna i ciepła osoba. Do teraz pamiętam moment, gdy wysłałam jej pewnego szczególnego dla mnie maila i z drżeniem serca oczekiwałam na odpowiedź. Mam ją do dzisiaj. Jej spojrzenie na sprawę pozwoliło mi złapać oddech, pomyśleć i spojrzeć nieco inaczej. I znowu zaświeciło słońce. I tak można by jeszcze długo, długo wymieniać.

To tyle tytułem wstępu. Trochę przydługiego, ale to ciągle za mało by ją opisać. -:) Więc przejdźmy do meritum.

Tadammmmm!

INTENSYWNIE KREATYWNA… ALFABETYCZNIE

A – Agnieszka, Aga, Agniecha. Byle by nie Agnieszko! O Agnieszko!!!

B - Blog o robótkach maści wszelkiej prowadzi.

C – Cudne rzeczy robi, czym nieustannie mnie zadziwia i lekko dołuje… -:)

D – Dużo więcej daje, niż bierze.

E – Entuzjastycznie podchodzi do nitek, motków, materiałów.

F – „Fisia” ma na temat długopisów, zeszytów i wszystkich „piśmienniczo-pochodnych”.

G – Gaduła. Szaleństwo „języka” przelewa na klawisze, co sprawia, że na jej posty czekam  niecierpliwie.

H – Histerycznie boi się burz i silnych wiatrów. Niedawny Ksawery dał jej nieźle popalić.

I – Inwencja twórcza… taak… nieograniczona. Czasem zastanawiam się, gdzie jej koniec… Oby go nie znalazła -:).

J – Jak tylko znajdzie chwilę, wyciąga robótkę i radośnie macha szydełkiem czy drutami. Nieważne czy to poczekalnia u lekarza czy kawiarnia.

KKonkurs szatańsko-kreatywny tylko ona wymyślić mogła!

L – Literaturę w językach „nie naszych” dosłownie pochłania.

Ł – „Łypie” okiem do książki, drugim na robótkę, w międzyczasie głaszcząc Małego i wymyśla kolejne razem robienie lub konkurs! Chciałabym mieć taką podzielność uwagi.

M – Moteczki, niteczki, zameczki. To i dużo, dużo więcej można znaleźć w jej mieszkaniu. Na antresoli. Byłam we śnie, to wiem. -:)

N – Nigdy w życiu nie zrozumiem, jak można dobrowolnie, systematycznie uczyć się w domu i jeszcze prace domowe odrabiać. I to bez przymusu i… bacika, który mnie pewnie byłby bardzo potrzebny!

O – Opisy czy filmiki, wszystko  dokładnie, zrozumiale wytłumaczone. To jej dewiza. Jak się czegoś podejmuje to wiadomo, że efekt będzie z górnej półki.

P – Projekty ma w głowie. Spojrzy i już wie, co, z czym i jak.

R – Ręcznie szyć uwielbia. Z szerokim uśmiechem… pewnie potem policzki ją bolą. -:)

S – Szydełkiem macha z taką szybkością, że kłaczki  futerka Małego same fruną do odkurzacza.

Ś – Ślubny… tak z nim to potrafi nieźle kręcić! Bez niego to całe szaleństwo miałoby mały sens lub nie miałoby go wcale. Zasłużył na miano Męża Wirtualnego! I dobrze, że wirtualnego, bo życie z tyloma wariatkami pewnie by go przerosło. A tak „spokojnie sobie żyję z jedną swoją prywatną”. -:))))

TTorbę uszyła tak piękną, że aż szczękościsku dostałam! Dobrze, że wszyła do niej taśmę z kwiatkami a nie z wzorem łowickim, bo pewnie teraz siedziałabym w więzieniu! Napad jak nic bym uskuteczniła!

U – Uwielbiam jej kursy, filmiki, razem-robienia i to jak pisze. Lekko i dowcipnie. Do napisania książki po raz kolejny namawiam i pierwszy egzemplarz z autografem zamawiam!!!

W – Włoskiej signory figura sprawia, że apetyczna z niej babeczka! -:)

Z – Zawsze mogę  na nią liczyć. Dziękuję. -:)))))

Monika jest autorką bloga Nie samym szydełkiem

Gardenia na bloga Intensywnie Kreatywnej trafiła oczywiście przypadkiem i została w pełni świadomie

Na bloga  Intensywnie Kreatywnej trafiłam przypadkiem. Nawet nie pamiętam, w jaki sposób, chyba poprzez inny blog robótkowy. Kojarzę tylko, że założony został cztery lub pięć miesięcy wcześniej.

Po przeczytaniu pierwszego posta, byłam lekko oszołomiona, po drugim zaszokowana i wciąż kołatało mi się po głowie: „przecież tego się nie da zrobić na drutach”. Szybciutko sięgnęłam do archiwum bloga i przeczytałam wszystkie posty od początku. Wtedy zrozumiałam, że jego autorka jest osobą piekielnie utalentowaną, mistrzynią nie tylko drutów (co mnie interesowało najbardziej), lecz także igły oraz szydełka.

Bardzo spodobała mi się też forma prowadzenia bloga, przyjęta przez Agnieszkę. Posty były i są pisane lekko, z humorem, czyta się je z wielką przyjemnością. Żeby osiągnąć taki efekt, trzeba doskonale władać naszym ojczystym językiem, a Aga to potrafi. Poza tym żadnego komentarza nie pozostawiała i nie pozostawia bez odpowiedzi, dzięki czemu u niej każdy czuje się miłym i oczekiwanym gościem, a nie anonimowym nieznajomym.

Od tamtej pory, po cichutku, towarzyszyłam blogowemu życiu Agi, z niecierpliwością oczekując kolejnych wpisów i zachwycając się jej kolejnymi dziełami.  Marzyłam skrycie, że kiedyś uda mi się stworzyć na drutach tak piękne rzeczy, jakie ona robi. Nie spodziewałam się, że sama Aga pomoże mi w realizacji tego planu.

Na początku zeszłego roku Aga zaproponowała czytelniczkom „razem robienie”. Czego? Mojej wymarzonej chusty Echo Flower. Chyba mi w myślach czytała, a ja wtedy po raz pierwszy odważyłam się napisać komentarz na blogu, a potem przesłać zdjęcie mojej chusty, zrobionej dzięki jej pomocy. Od tej pory datuje się nasz – bardziej bezpośredni – kontakt.

Nawet kiedy podczytywałam jej  bloga  anonimowo, wiedziałam, że jest to osoba posiadająca rozległą fachową wiedzę, a jednocześnie bardzo bezpośrednia, życzliwa  i chętnie pomagająca rozwiązywać różne dziewiarskie problemy. Bezpośredni kontakt tylko mnie utwierdził w tym przekonaniu. Zrozumiałam też, że na drutach Aga potrafi zrobić dosłownie wszystko.

Bez wahania mogę stwierdzić, że dzięki jej blogowi i filmikom produkowanym przez spółkę „Intensywnie Kreatywni”, nauczyłam się wielu dziewiarskich sztuczek, o których pojęcia nie miałam, choć robótkuję od ponad dwudziestu lat. Pewnie nie tylko ja. Aga ma niewątpliwy talent dydaktyczny, tłumaczy skomplikowane rzeczy tak, że wydają się banalnie proste. Podejrzewam, że nawet największe antytalencie nauczyłaby dziergania, gdyby tylko chciała.

Na koniec zdradzę pewną tajemnicę. Aga jest czarodziejką. Nie tylko igły i nici, drutów i szydełka. Ona potrafi zaczarować przyszłość. Przekonałam się o tym na własnej skórze. W jaki sposób? Tego nie mogę zdradzić, ale wierzcie mi na słowo.

Gardenia niestety nie prowadzi bloga, ale jej prace możecie podziwiać w naszym SPA.