Pastuszka

58997fb218066

Tak się właśnie nazywa wzór, według którego robiłam powyższą chustę. Strona autorki: https://vk.com/lyubasshawls A tutaj sam wzór: https://vk.com/doc-69610032_385671419?dl=1ce41ca2addae228ad Po ananasach, jest to druga chusta dla Babci (dla drugiej Babci rzecz jasna) na Dzień Babci. Wybrałam ten wzór jakoś tak pod wpływem impulsu, bardzo mi się chusta spodobała na zdjęciu i z opisu wynikało, że wystarczy mi jeden motek włóczki Diament (producent: Opus), jaki miałam do dyspozycji. I te śliczne bąbelki… no właśnie, gdzie te bąbelkiiiiii? – chciałoby się zaintonować za Danutą Rinn. Bąbelki są w oryginale i ja bardzo chciałam się z nimi zmierzyć. Bo śliczne są, ale robię je rzadko i znowu zapomniałam, jak bardzo za ich robieniem nie przepadam. Istnieje wprawdzie świetna metoda na polubienie bąbelków i poznałam ją bodajże przy szalu Something Borrowed, ale przy włóczce o parametrach 550m w 100g – tyle ma Diament – wychodziły za duże, więc męczyłam się tradycyjnie. I męczyłabym się pewnie do końca, bo zgodnie ze schematem w tej chuście jest ich sporo, a ja dla tych uroczych bąbelków wybrałam ten wzór, ale po kilku rzędach nie miałam już złudzeń, co do ilości włóczki, jakiej bym potrzebowała, żeby cel osiągnąć. Sprułam więc efekt kilkugodzinnej pracy (jak wiadomo, bąbelki są nie tylko włóczkożerne, ale i czasochłonne) i dokończyłam chustę bez ani jednego bąbla. No cóż, straciła Pastuszka nieco na swej piękności, ale trudno, nie chciałam, żeby ważyła więcej, niż jeden motek.

Jak to u mnie zwykle bywa, bez mrożenia krwi w żyłach się nie obyło, bowiem pomimo pozbycia się bąbli, których prucie swoją drogą było męczące, brakło mi włóczki na kilka ostatnich rzędów. Teoretycznie, można by to tak zostawić, bo tam żadnego konkretnego kształtu nie było, ale jakoś tak szkoda mi było tak się łatwo poddać. Wyciągnęłam resztki innych włóczek o podobnym składzie i grubości, mniej więcej pasujące kolorystycznie, wzięłam je w garść, do tego chustę i udałam się do drugiego pokoju, gdzie przebywał, niczego nie podejrzewając, mój Mąż ukochany, doradca na świecie najlepszy. Rozłożyłam przed Nim wszystkie zgromadzone dobra i przedstawiłam złożony problem: że mi się włóczka skończyła i nie wiem, co dalej, a możliwe jest zakończenie w tym momencie albo dołożenie innego koloru. Każdą z potencjalnych włóczek do dołożenia przestawiłam od strony właściwości i z nich wynikającego stopnia dopasowania do chusty. I wiecie co, po raz kolejny pomyślałam: po co ja się tu głowiłam? Gdyż Mąż wysłuchał mnie cierpliwie i bez chwili wahania wskazał na różowo-fioletową, która została mi po ananasach. Wprawdzie zaczął potem rozważać trafność tego wyboru, ale ja już stałam z naręczem dóbr dziewiarskich i z podziękowaniem za pomoc wybiłam Mu z głowy jakiekolwiek wątpliwości. Ta włóczka najlepiej pasowała pod każdym względem, tylko nie byłam przekonana co do koloru. Ale na tym mój Mąż się zna i skoro tak wybrał, to dla mnie jest ostatnie słowo w tej sprawie. Na sam koniec dodałam (już samodzielnie) jeden rządek złamanej bieli, ale to tylko na zamknięcie, bo różowej też brakło. Efekt przeszedł moje oczekiwania. Po rezygnacji z bąbelków, chusta odzyskała urok dzięki temu dodatkowi koloru. Jak dotąd, spodobała się wszystkim, którzy ją oglądali.

Mam kilka uwag na temat włóczki, choć może nie powinnam się wypowiadać po jednym tylko z nią kontakcie. Ja ogólnie nie lubię włóczek Opus, ale od pierwszego wejrzenia zachwyciłam się lodowo błękitnym kolorem tej tutaj. Drugi rzut oka wywołał u mnie zdumienie składem: 80% angory i 20% akrylu. No no, ciekawe, ile w tym prawdy, pomyślałam sobie, bo cena za motek była mniej więcej taka, jak u Angory Ram, która nie ma w sobie tyle natury. W dotyku Diament nie jest jakiś super milusi, ale ja wcześniej nic z angory nie robiłam, więc nie mogłam przez to zdyskwalifikować tej włóczki. Podczas pracy nad chustą tylko utwierdzałam się w przekonaniu, że nie lubię włóczek Opus. Diament rozwarstwiał się, chociaż mechaty – nie ma włoska, a pruje się paskudnie. Odbieram go jako taki jakiś toporny. Natomiast przy blokowaniu gotowej chusty moja niechęć została nieco przełamana, ponieważ włóczka współpracowała naprawdę przyzwoicie, jak ja to mówię, pokazała, co potrafi. Dziergałam na drutach nr 4,5 i chusta wyszła bardzo duża (195 cm wzdłuż górnej krawędzi, 210 cm wzdłuż dolnej, i 84 cm na wysokość), na tyle duża, że karimata i koc jej nie pomieściły. Jakoś ją musiałam naciągnąć, a szpilek w parkiet wbijać sumienie mi nie pozwoliło. W lewym dolnym rogu zdjęcia w nagłówku widać, jak korzystając ze stojącej tuż obok walizki na kółkach poradziłam sobie z tym zagadnieniem :) .

Ach, no i jedna z najważniejszych rzeczy, byłabym zapomniała. Po raz pierwszy dziergałam z opisu w języku rosyjskim. Tłumaczyć pomagał Mąż niezawodny: On z rosyjskiego na polski, a ja z polskiego na dziewiarski :) . Zastanawiam się tylko, czy to było po rosyjsku, czy po innemu, bowiem nazwa wzoru, której znaczenie tylko na wszelki wypadek sprawdzałam dopiero wczoraj, nie wystąpiła w słowniku rosyjskim, lecz ukraińskim.

Lelewel 2 – Nie mogłam się oprzeć!

8 komentarzy

Musisz się zalogować aby komentować